Mediolan

Mediolan

Mediolan, światowa stolica mody, to tutaj znajdziemy muzeum mody Armani Silos i galerię handlową Wiktora Emmanuela w której centrum znajdziemy sklepy Prady, Louis Vuitton i … zaraz, chwila, stop! Przecież ja nie jestem blogerem modowym… jeszcze raz…
Mediolan to kolejne miejsce na mojej podróżniczej mapie, która robi się lekko monotonna bo znowu trafiłem do Włoch, choć tym razem do ich północnej części. Ale co ja poradzę, że trafiam na tanie bilety lotnicze do Włoch a włoskie krajobrazy i architektura bardzo zaprzyjaźniły się z moim aparatem.

Podróż do Mediolanu

Wylecieliśmy w środku nocy, czyli o 6:20. Plusem tak wczesnego wylotu była możliwość podziwiania wschodu słońca i pięknie oświetlonych gór z wysokości 10 kilometrów.

Po wylądowaniu w Bergamo, udaliśmy się autokarem do Mediolanu. Kursują tam autokary trzech firm, bilety kosztują 5€ i można je kupić w kasach na lotnisku lub od gości w pomarańczowych kamizelkach, którzy kręcą się przy autokarach i sprawdzają bilety przy wejściu. Podróż z lotniska w Bergamo do centrum Mediolanu trwa godzinę, po dotarciu na miejsce udaliśmy się prosto do galerii handlowej… nie no żartuję 😛

Tor wyścigowy Monza

Po dotarciu do Mediolanu ruszyliśmy pociągiem do miejscowości Monza, by zobaczyć znajdujący się tam tor wyścigowy, na którym odbywa się Grand Prix Włoch Formuły 1. Bolidów wprawdzie nie było, ale na torze ścigali się zwykli śmiertelnicy w swoich mniej lub bardziej wypasionych autkach.

Korzystając z okazji postanowiłem spróbować panoramowania, techniki robienia zdjęć polegającej na wykonaniu zdjęcia z nieco dłuższym czasem naświetlania i przesuwaniem aparatu w czasie wykonywania zdjęcia tak by podążać za fotografowanym obiektem. Sprawia to, ze tło jest rozmyte a fotografowany obiekt względnie ostry. Po kilkunastu nieudanych próbach udało mi się zrobić kilka w miarę ciekawych zdjęć.
Zostańmy jeszcze na chwilę w tematyce samochodów. Drugiego dnia pobytu zwiedziliśmy znajdujące się niedaleko Mediolanu muzeum Alfy Romeo. Aby się tam dostać komunikacją z Mediolanu należy pojechać pierwszą linią metra lub pociągiem do stacji Rho-Fierra a następnie autobusem 561 do przystanku Via priv. Alfa Romeo. W muzeum oprócz starszych i nowszych modeli samochodów, są silniki, makiety, prezentacje i… kino 4D gdzie na trzęsących się fotelach można zobaczyć pięciominutową animację z samochodami Alfa Romeo.

Jezioro Como

Kolejnego dnia wybraliśmy się nad jezioro Como, uważane za jedno z najpiękniejszych w Europie. I faktycznie, jezioro w kształcie litery Y otoczone ogromnymi górami robi nie małe wrażenie. Chętnie bym tam zamieszkał… ale mnie nie stać 🙁 Swoje wille nad jeziorem mają za to np. George Clooney, Madonna i Brad Pitt. Nad jeziorem Como nagrywano też takie filmy jak Casino Royale z Jamesem Bondem i Gwiezdne Wojny: Atak Klonów. Chcieliśmy się dostać do willi Balbinello w miejscowości Lenno, która posłużyła jako pałac Amidali, królowej Naboo… ale było zamknięte. Zwiedzanie jest możliwe od marca po połowy listopada, czyli spóźniliśmy się tydzień. Ale trudno, wrócimy jak będzie cieplej 🙂
Z Mediolanu przyjechaliśmy pociągiem do miejscowości Varenna, znajdującej się na brzegu centralnej części jeziora. Tam kupiliśmy dobowy bilet na prom i pływaliśmy od miejscowości do miejscowości podziwiając uroki jeziora i otaczających go gór.

Na dłuższy spacer i podziwianie architektury zatrzymaliśmy się tylko w Bellagio i Varennie,  z której następnie wróciliśmy do Mediolanu.

Mediolan

W końcu. Po trzech dniach nocowania w Mediolanie uznaliśmy, że może warto i to miasto trochę zwiedzić… za dnia. Najbardziej znany zabytek Mediolanu to katedra Duomo, ta gotycka budowla jest jednym z największych kościołów na świecie. Bogate marmurowe zdobienia nadają jej niesamowity wygląd. A można je podziwiać z bliska, bo dach katedry jest udostępniony do zwiedzania. Z dachu rozpościera się niesamowity widok na miasto, a podobno przy dobrej pogodzie widać też Alpy. My niestety nie trafiliśmy na dobrą pogodę, mocno zachmurzone niebo psuło nieco efekt. Kolejnym elementem psującym efekt są rusztowania ponieważ katedra jest obecnie remontowana. Kolejny powód by do Mediolanu wrócić 🙂

W Mediolanie zobaczyliśmy także zamek Sforzów z parkiem i łukiem triumfalnym, Narodowe Muzeum Nauki i Technologii im. Leonarda da Vinci oraz wspomnianą na początku galerię handlową.
Wieczory w Mediolanie spędzaliśmy w knajpkach przy jednym z tamtejszych kanałów, gdzie za 7-11€ można dostać dowolny drink i dostęp do bufetu, z którego można jeść ile się chce 😀

No i to tyle opowieści z wycieczki. Został już tylko powrót do Polski.

Apulia

Apulia

Pomysł na wylot do Bari przyszedł mi już podczas kupowania biletów lotniczych do Rzymu w listopadzie zeszłego roku. Na głównej stronie linii lotniczych WizzAir wyświetlała się oferta lotów do Bari. Ceny lotów były atrakcyjne a po przejrzeniu graficznych wyników wyszukiwania „Bari” w Google uznałem, że warto się tam wybrać następnym razem.

Przy późniejszym planowaniu podróży i przeglądaniu miejscowych atrakcji okazało się, że większość miejsc, które widziałem na zdjęciach w Google nie znajdują się w samym Bari, ale w okolicznych miejscowościach. Miasto Bari jest stolicą regionu Apulia i ma dobrą komunikację z większością miejscowości, które chcieliśmy zwiedzić razem z bratem, więc to w nim postanowiliśmy nocować.

To tyle tytułem wstępu, teraz słów kilka o miejscowościach i atrakcjach, które udało nam się zobaczyć i oczywiście sfotografować 😉

Bari

Miasto portowe z dużym dworcem kolejowym, a raczej kilkoma połączonymi dworcami różnych przewoźników. Główną atrakcją Bari jest stare miasto i znajdujące się w nim zabytki. Zamek, katedra i kościół św. Mikołaja. Miasto ożywa wieczorem, wtedy dopiero otwierają się niektóre restauracje i rozpoczynają różne wydarzenia. Nam udało się trafić na koncert jakiejś lokalnej gwiazdy i paradę ku czci św. Antoniego z Padwy.

Poligiano

Niewielkie miasteczko na południowy-wschód od Bari. To tam znajduje się plaża, której zdjęcie w Google skłoniło mnie do tej wyprawy. Plaża niewielka i kamienista ale otaczające ją skały z grotami sprawiają, że miejsce to wygląda bajecznie. Mieszkańcy Barletty (opiszę niżej) twierdzą, że to najpiękniejsza plaża na świecie. Do Poligiano wybraliśmy się pierwszego dnia, zaraz po zakwaterowaniu się w Bari. To tutaj przekonaliśmy się, że bycie głodnym popołudniu nie jest dobrym pomysłem. Od około 16 do 19 restauracje są zamknięte. Jedyne co nam się udało znaleźć otwartego to… kebab.

Castel del Monte

Jest to twierdza oddalona około 50 km od Bari. Dojazd nie był prosty, ale bardzo nam zależało na zobaczeniu tej atrakcji. Drugi dzień i kolejna lekcja życia na południu Włoch. Wycieczki w niedziele są jeszcze gorszym pomysłem niż popołudniowy głód. W niedzielę prawie wszystkie restauracje i sklepy są zamknięte, a pociągi i autobusy jeżdżą… hmm… rzadko. Po dojechaniu do Andrii okazało się, że bus do Castel del Monte odjechał 20 minut wcześniej, a kolejny będzie za 3 godziny. Próbowaliśmy dowiedzieć się o miejscowych czy jest jakiś inny sposób by dostać się do zamku, ale… my nie mówiliśmy po włosku, a oni nie mówili po angielsku. Niemniej jednak udało nam się dowiedzieć, który rozkład jest na niedzielę, oraz gdzie jest najbliższy kościół. Oczywiście próba wyjaśnienia słowami, że szukamy kościoła skutkowała tylko głupimi minami wszystkich wyrażającymi, że nikt nic nie rozumie. Dopiero uczyniony przeze mnie znak krzyża sprawił, że miejscowi zaczęli nam tłumaczyć gestami jak dojść do kościoła, ale po chwili, widząc nasze miny zwątpili i postanowili nas tam po prostu zawieźć 😉 Po przejechaniu jakichś… 500 metrów, wysiedliśmy pod kościołem, uścisnęliśmy ręce naszym dobrodziejom i udaliśmy się na mszę. Po 3 godzinach w Andrii udaliśmy się busem do Castel del Monte.

Barletta

I to miał być koniec naszych planów na niedzielę, ale po powrocie z Castel del Monte do Andrii stwierdziliśmy, że do Bari wrócimy inną drogą. Udaliśmy się do Barletty, portowego miasta z linią kolei TrenItalia, którymi zamierzaliśmy wrócić do Bari po krótkim zwiedzaniu miasta. Udaliśmy się w stronę morza, ale po drodze przy tamtejszym zamku zaczepiła nas pewna dziewczyna informując, że właśnie zaczynają darmowe oprowadzanie po mieście. Nie dalismy się długo prosić i w towarzystwie kilku innych młodych osób ruszyliśmy w miasto słuchając (po angielsku) różnych faktów i legend związanych z Barlettą.

Alberobello

Miejscowość słynąca ze specyficznych kamiennych domków typu „Trulli”. Co ciekawe nie jest to jakiś skansen czy coś w tym stylu. Do dziś ludzie normalnie mieszkają w tych domkach. Ludzie budowali tego typu domki by uniknąć podatków, które były płacone tylko od solidnych murowanych budowli 😉

Grotte di Castellana

Jest to system jaskiń krasowych ciągnących się przez 3 kilometry. Pierwsza największa z jaskiń ma w suficie dziurę przez którą wpada światło. Jaskinia ma wysokość około 60 metrów. Ze względu na prawa autorskie jedynie w tej pierwszej grocie można robić zdjęcia. Kolejne groty były mniejsze, ale równie ciekawe. Utrzymująca się w jaskini stała temperatura w okolicach 15 stopni była miłą odmianą od upału na powierzchni 🙂

I to tyle… trzy dni zwiedzania, absorbowania słońca i włoskiego jedzenia. Wiele niewiadomych, sporo improwizacji i ogromny niedosyt, więc bogatsi o wiedzę kiedy, gdzie i jak się poruszać po tym regionie na pewno tam wrócimy. Niech tylko nieco wodę podgrzeją w morzu 😀

Jezioro Zegrzyńskie

Jezioro Zegrzyńskie

I to wszystko tuż za Warszawą, nad Jeziorem Zegrzyńskim, ale… nie dziś…

Nad Zegrze wybrałem się 2 kwietnia, czyli prawie miesiąc temu i pogoda była o niebo lepsza niż dziś. Na plaży było sporo ludzi, ale nie było konieczności bić się o miejsca i znaczyć teren parawanem. Większość ludzi zajmowała część plaży na której można grillować i to właśnie robili. Zapach grillowanego mięska unosił się w powietrzu niesiony ciepłymi powiewami wiatru. Na tafli wody unosiły się dziesiątki jachtów, a łabędzie odważnie podpływały do ludzi, którzy sypnęli jakimś okruszkiem.

Mimo że na plaży nie było nie wiadomo jakich tłumów to znalezienie miejsca do parkowania graniczyło z cudem, a korek w drodze powrotnej też do najmilszych doświadczeń nie należał. Oprócz plaży w miejscowości Nieporęt odwiedziłem kilka innych przylegających do różnych ośrodków wypoczynkowych. Przy jednej z nich znajduje się bar stylizowany na saloon rodem z dzikiego zachodu.

Miejsce jak najbardziej godne uwagi. Idealne dla tych, którzy chcą się choć na chwilę wyrwać ze zgiełku stolicy.

 

Wprowadziłem ostatnio kilka zmian na stronie. Między innymi dodałem możliwość zapisania się do newslettera, więc jeżeli chcesz dostawać ode mnie maile z informacją o nowych wpisach to serdecznie zapraszam do wypełnienia tego zielonego formularza na samym dole 🙂

Wyścigi konne

Wyścigi konne

Z racji braku planów na niedzielne popołudnie wyszukałem sobie w necie co to się dziś ciekawego dzieje w Warszawie. Okazało się, że rozpoczyna się sezon gonitw konnych na Służewcu. Wybrałem się więc tam razem z bratem 🙂

Pojechaliśmy samochodem i ku mojemu zdziwieniu cały parking był już zajęty. Na szczęście służby porządkowe kierowały samochody za kolejną bramę gdzie można było zaparkować na trawie. Parking był bezpłatny, jednak za bilet trzeba było już zapłacić niebotyczną kwotę… 5 zł. Jednak nie był to koniec wydatków… Na miejscu można było wydać pieniądze na jedzenie w jednym z food tracków no i oczywiście na zakłady. Zaczęło się od zwykłego „postawmy coś dla zabawy za 10 zł”. Po pierwszej gonitwie bylem 10 zł w plecy, po drugiej 30… na szczęście później było lepiej i ostatecznie opuściłem Służewiec bogatszy o 2 złote 😀

Same gonitwy były ciekawe, a dzięki zakładom w dłoni także bardzo emocjonujące. Czasem zdarzały się też sytuacje… dziwne. W pierwszej gonitwie, którą obstawialiśmy (tej po której byłem 10 zł w plecy) mój brat postawił na konia  z numerem 5. Koń przybiegł na metę pierwszy… niestety bez jeźdźca… zgubił go gdzieś po drodze. Ciekawe były też imiona niektórych koni. Moim ulubieńcem został Everygonnatouchthis dzięki, któremu zarobiłem 35 złotych i Illdowhatican. Pozostałe konie miały mniej wymyślne imiona typu Blue Ninja, Thunder Thor czy Bellefront.

To był bardzo miło spędzony czas. Z pewnością jeszcze kiedyś się tam wybiorę. Gdy słonko będzie mocniej świeciło a ja będę w posiadaniu teleobiektywu 😀

 

Park Dreszera

Park Dreszera

Ostatnio wpadłem na pomysł by odwiedzić z aparatem wszystkie warszawskie parki… i oczywiście zrobić im zdjęcia. Planowałem rozpocząć ten projekt gdy w końcu zrobi się cieplej, ale dziś byłem przy jednym z parków i dziwnym zbiegiem okoliczności miałem ze sobą aparat…  nie no, aparat miałem ze sobą celowo, choć cel mojej podróży był inny, ale nie wyszło, więc wylądowałem ostatecznie w Parku Dreszera.

Park imienia generała Gustawa Orlicz-Dreszera to niewielki park usytuowany w obrębie ulic: Ursynowskiej, Puławskiej, Odyńca i Krasickiego na Mokotowie. Dziś pogoda nie rozpieszczała. Słonko się chowało za chmurkami i generalnie było… zimno… jak na kwiecień 😉 Zdjęcia nie do końca mnnie satysfakcjonują, ale i tak się z wami podzielę. Najwyżej kiedyś zrobię nowe i podmienię 😀

I mapka na koniec 🙂