Apulia

Apulia

Pomysł na wylot do Bari przyszedł mi już podczas kupowania biletów lotniczych do Rzymu w listopadzie zeszłego roku. Na głównej stronie linii lotniczych WizzAir wyświetlała się oferta lotów do Bari. Ceny lotów były atrakcyjne a po przejrzeniu graficznych wyników wyszukiwania „Bari” w Google uznałem, że warto się tam wybrać następnym razem.

Przy późniejszym planowaniu podróży i przeglądaniu miejscowych atrakcji okazało się, że większość miejsc, które widziałem na zdjęciach w Google nie znajdują się w samym Bari, ale w okolicznych miejscowościach. Miasto Bari jest stolicą regionu Apulia i ma dobrą komunikację z większością miejscowości, które chcieliśmy zwiedzić razem z bratem, więc to w nim postanowiliśmy nocować.

To tyle tytułem wstępu, teraz słów kilka o miejscowościach i atrakcjach, które udało nam się zobaczyć i oczywiście sfotografować 😉

Bari

Miasto portowe z dużym dworcem kolejowym, a raczej kilkoma połączonymi dworcami różnych przewoźników. Główną atrakcją Bari jest stare miasto i znajdujące się w nim zabytki. Zamek, katedra i kościół św. Mikołaja. Miasto ożywa wieczorem, wtedy dopiero otwierają się niektóre restauracje i rozpoczynają różne wydarzenia. Nam udało się trafić na koncert jakiejś lokalnej gwiazdy i paradę ku czci św. Antoniego z Padwy.

Poligiano

Niewielkie miasteczko na południowy-wschód od Bari. To tam znajduje się plaża, której zdjęcie w Google skłoniło mnie do tej wyprawy. Plaża niewielka i kamienista ale otaczające ją skały z grotami sprawiają, że miejsce to wygląda bajecznie. Mieszkańcy Barletty (opiszę niżej) twierdzą, że to najpiękniejsza plaża na świecie. Do Poligiano wybraliśmy się pierwszego dnia, zaraz po zakwaterowaniu się w Bari. To tutaj przekonaliśmy się, że bycie głodnym popołudniu nie jest dobrym pomysłem. Od około 16 do 19 restauracje są zamknięte. Jedyne co nam się udało znaleźć otwartego to… kebab.

Castel del Monte

Jest to twierdza oddalona około 50 km od Bari. Dojazd nie był prosty, ale bardzo nam zależało na zobaczeniu tej atrakcji. Drugi dzień i kolejna lekcja życia na południu Włoch. Wycieczki w niedziele są jeszcze gorszym pomysłem niż popołudniowy głód. W niedzielę prawie wszystkie restauracje i sklepy są zamknięte, a pociągi i autobusy jeżdżą… hmm… rzadko. Po dojechaniu do Andrii okazało się, że bus do Castel del Monte odjechał 20 minut wcześniej, a kolejny będzie za 3 godziny. Próbowaliśmy dowiedzieć się o miejscowych czy jest jakiś inny sposób by dostać się do zamku, ale… my nie mówiliśmy po włosku, a oni nie mówili po angielsku. Niemniej jednak udało nam się dowiedzieć, który rozkład jest na niedzielę, oraz gdzie jest najbliższy kościół. Oczywiście próba wyjaśnienia słowami, że szukamy kościoła skutkowała tylko głupimi minami wszystkich wyrażającymi, że nikt nic nie rozumie. Dopiero uczyniony przeze mnie znak krzyża sprawił, że miejscowi zaczęli nam tłumaczyć gestami jak dojść do kościoła, ale po chwili, widząc nasze miny zwątpili i postanowili nas tam po prostu zawieźć 😉 Po przejechaniu jakichś… 500 metrów, wysiedliśmy pod kościołem, uścisnęliśmy ręce naszym dobrodziejom i udaliśmy się na mszę. Po 3 godzinach w Andrii udaliśmy się busem do Castel del Monte.

Barletta

I to miał być koniec naszych planów na niedzielę, ale po powrocie z Castel del Monte do Andrii stwierdziliśmy, że do Bari wrócimy inną drogą. Udaliśmy się do Barletty, portowego miasta z linią kolei TrenItalia, którymi zamierzaliśmy wrócić do Bari po krótkim zwiedzaniu miasta. Udaliśmy się w stronę morza, ale po drodze przy tamtejszym zamku zaczepiła nas pewna dziewczyna informując, że właśnie zaczynają darmowe oprowadzanie po mieście. Nie dalismy się długo prosić i w towarzystwie kilku innych młodych osób ruszyliśmy w miasto słuchając (po angielsku) różnych faktów i legend związanych z Barlettą.

Alberobello

Miejscowość słynąca ze specyficznych kamiennych domków typu „Trulli”. Co ciekawe nie jest to jakiś skansen czy coś w tym stylu. Do dziś ludzie normalnie mieszkają w tych domkach. Ludzie budowali tego typu domki by uniknąć podatków, które były płacone tylko od solidnych murowanych budowli 😉

Grotte di Castellana

Jest to system jaskiń krasowych ciągnących się przez 3 kilometry. Pierwsza największa z jaskiń ma w suficie dziurę przez którą wpada światło. Jaskinia ma wysokość około 60 metrów. Ze względu na prawa autorskie jedynie w tej pierwszej grocie można robić zdjęcia. Kolejne groty były mniejsze, ale równie ciekawe. Utrzymująca się w jaskini stała temperatura w okolicach 15 stopni była miłą odmianą od upału na powierzchni 🙂

I to tyle… trzy dni zwiedzania, absorbowania słońca i włoskiego jedzenia. Wiele niewiadomych, sporo improwizacji i ogromny niedosyt, więc bogatsi o wiedzę kiedy, gdzie i jak się poruszać po tym regionie na pewno tam wrócimy. Niech tylko nieco wodę podgrzeją w morzu 😀

Jezioro Zegrzyńskie

Jezioro Zegrzyńskie

I to wszystko tuż za Warszawą, nad Jeziorem Zegrzyńskim, ale… nie dziś…

Nad Zegrze wybrałem się 2 kwietnia, czyli prawie miesiąc temu i pogoda była o niebo lepsza niż dziś. Na plaży było sporo ludzi, ale nie było konieczności bić się o miejsca i znaczyć teren parawanem. Większość ludzi zajmowała część plaży na której można grillować i to właśnie robili. Zapach grillowanego mięska unosił się w powietrzu niesiony ciepłymi powiewami wiatru. Na tafli wody unosiły się dziesiątki jachtów, a łabędzie odważnie podpływały do ludzi, którzy sypnęli jakimś okruszkiem.

Mimo że na plaży nie było nie wiadomo jakich tłumów to znalezienie miejsca do parkowania graniczyło z cudem, a korek w drodze powrotnej też do najmilszych doświadczeń nie należał. Oprócz plaży w miejscowości Nieporęt odwiedziłem kilka innych przylegających do różnych ośrodków wypoczynkowych. Przy jednej z nich znajduje się bar stylizowany na saloon rodem z dzikiego zachodu.

Miejsce jak najbardziej godne uwagi. Idealne dla tych, którzy chcą się choć na chwilę wyrwać ze zgiełku stolicy.

 

Wprowadziłem ostatnio kilka zmian na stronie. Między innymi dodałem możliwość zapisania się do newslettera, więc jeżeli chcesz dostawać ode mnie maile z informacją o nowych wpisach to serdecznie zapraszam do wypełnienia tego zielonego formularza na samym dole 🙂

Wyścigi konne

Wyścigi konne

Z racji braku planów na niedzielne popołudnie wyszukałem sobie w necie co to się dziś ciekawego dzieje w Warszawie. Okazało się, że rozpoczyna się sezon gonitw konnych na Służewcu. Wybrałem się więc tam razem z bratem 🙂

Pojechaliśmy samochodem i ku mojemu zdziwieniu cały parking był już zajęty. Na szczęście służby porządkowe kierowały samochody za kolejną bramę gdzie można było zaparkować na trawie. Parking był bezpłatny, jednak za bilet trzeba było już zapłacić niebotyczną kwotę… 5 zł. Jednak nie był to koniec wydatków… Na miejscu można było wydać pieniądze na jedzenie w jednym z food tracków no i oczywiście na zakłady. Zaczęło się od zwykłego „postawmy coś dla zabawy za 10 zł”. Po pierwszej gonitwie bylem 10 zł w plecy, po drugiej 30… na szczęście później było lepiej i ostatecznie opuściłem Służewiec bogatszy o 2 złote 😀

Same gonitwy były ciekawe, a dzięki zakładom w dłoni także bardzo emocjonujące. Czasem zdarzały się też sytuacje… dziwne. W pierwszej gonitwie, którą obstawialiśmy (tej po której byłem 10 zł w plecy) mój brat postawił na konia  z numerem 5. Koń przybiegł na metę pierwszy… niestety bez jeźdźca… zgubił go gdzieś po drodze. Ciekawe były też imiona niektórych koni. Moim ulubieńcem został Everygonnatouchthis dzięki, któremu zarobiłem 35 złotych i Illdowhatican. Pozostałe konie miały mniej wymyślne imiona typu Blue Ninja, Thunder Thor czy Bellefront.

To był bardzo miło spędzony czas. Z pewnością jeszcze kiedyś się tam wybiorę. Gdy słonko będzie mocniej świeciło a ja będę w posiadaniu teleobiektywu 😀

 

Park Dreszera

Park Dreszera

Ostatnio wpadłem na pomysł by odwiedzić z aparatem wszystkie warszawskie parki… i oczywiście zrobić im zdjęcia. Planowałem rozpocząć ten projekt gdy w końcu zrobi się cieplej, ale dziś byłem przy jednym z parków i dziwnym zbiegiem okoliczności miałem ze sobą aparat…  nie no, aparat miałem ze sobą celowo, choć cel mojej podróży był inny, ale nie wyszło, więc wylądowałem ostatecznie w Parku Dreszera.

Park imienia generała Gustawa Orlicz-Dreszera to niewielki park usytuowany w obrębie ulic: Ursynowskiej, Puławskiej, Odyńca i Krasickiego na Mokotowie. Dziś pogoda nie rozpieszczała. Słonko się chowało za chmurkami i generalnie było… zimno… jak na kwiecień 😉 Zdjęcia nie do końca mnnie satysfakcjonują, ale i tak się z wami podzielę. Najwyżej kiedyś zrobię nowe i podmienię 😀

I mapka na koniec 🙂

Puszcza Kampinoska

Puszcza Kampinoska

O Puszczy Kampinoskiej słyszałem wielokrotnie, ale jakoś nie udało mi się nigdy wcześniej do niej wybrać. Zawsze było jakieś ‚ale’, ale tym razem się udało… choć nie wszyscy, a raczej nie wszystko chciało bym dotarł na miejsce…

Znalazłem w internecie (o tu) opisy ścieżek dydaktycznych w Puszczy Kampinoskiej, wybrałem pierwszą z nich i ruszyłem do Truskawia. Po drodze nawigacja w Mapach Google postanowiła mi zrobić Prima Aprilisowy żart i nawigować mnie w inne miejsce niż wyznaczyłem. Nie, nie inną trasą, do tego się już przyzwyczaiłem… w inne miejsce! Nie pomogło nawet ponowne wyznaczanie trasy. Wyznaczony punkt docelowy i koniec trasy to w aplikacji były dwa różne miejsca, oddalone od siebie o około 8 kilometrów! Na szczęście zorientowałem się, że ktoś mnie próbuje zrobić w konia i dalej jechałem korzystając z mapy jak człowiek 🙂

Po dojechaniu na miejsce, zostawiłem autko na parkingu, który znajduje się przy samym lesie i ruszyłem na szlak. W lesie jak to w lesie, niewiele widać bo drzewa wszystko zasłaniają 😛 Pogoda była ładna, więc i ludzi sporo. Jakieś trzy dziewczyny szukały koleżanki, która im się zapodziała gdzieś w lesie…
Las jest zadbany, szerokie i równe ścieżki, wygodne zarówno do spacerowania jak i jazdy rowerem, miejsca gdzie można usiąść i odpocząć oraz tablice dydaktyczne opisujące różne miejsca. W lesie jest sporo cieków wodnych i spora część terenu jest podmokła… ale zaraz przez to lanie wody podmokły będzie i ten wpis, więc już kończę i wrzucam zdjęcia. Miłego oglądania.

Na prawie koniec mała panorama 🙂

 

I dwa zdjęcia… inne… z którymi jest coś nie tak…

 

Moja pierwsza jazda rowerem…

Moja pierwsza jazda rowerem…

… elektrycznym 😉

Ale zacznijmy od początku. Byłem dziś na Stadionie Narodowym, gdzie odbywają się targi BikeExpo. Kilku wystawców prezentowało swoje rowery jak i różnorodny sprzęt rowerowy… ale ja się na rowerach nie znam, więc ciężko mi napisać co tam konkretnie było i czy jest to warte wydania 17 złotych, bo tyle właśnie kosztuje normalny bilet na targi. Ja na szczęście miałem darmową wejściówkę, więc nie mam czego żałować.

Same targi nieco mnie rozczarowały. Stoisk było niewiele, aby obejść wszystko wystarczyłoby 5 minut. Rowery na większości stoisk były… hmm… „dziwne”, tak to dobre słowo. To z pewnością nie są to targi  dla zwykłych śmiertelników szukających roweru do jazdy po mieście czy rodzinnych wycieczek.

Z przygotowanych atrakcji warto wspomnieć o pokazie skoków i akrobacji na rowerach. Myślałem, że pokaz ten będzie na płycie stadionu, ale niestety był w budynku, tam gdzie stoiska. A szkoda, bo myślę, że na płycie prezentował by się zdecydowanie lepiej. Zrobiłem kilka zdjęć, ale oszklona ściana stadionu tuż za skaczącymi rowerzystami nie najlepiej sprawdziła się jako tło :/

Kolejną atrakcją, usytuowaną na zewnątrz przed wejściem na targi i dostępną za darmo jest możliwość pojeżdżenia sobie różnymi rowerami, w tym wspomnianymi już na początku rowerami elektrycznymi. Pierwszy raz jechałem takim rowerem i muszę przyznać, że jest to ciekawe doświadczenie, gdy naciskając lekko pedał czuję jak rower wyrywa do przodu 🙂

    Czy warto wybrać się na BikeExpo? Cóż… jeżeli nie jesteś fanem rowerów to myślę, że samą strefę wystawców możesz sobie darować, szkoda 17 zł. Jeżeli jednak nie masz ciekawszych planów na weekend i jesteś w Warszawie to polecam wybrać się przed stadion tylko po to by pojeździć różnymi rowerami, których ceny wykraczają poza budżet zwykłego śmiertelnika 😉